Gdy MKS był Ciechanowianką – wspomienia Wojciecha Kowalskiego

Wojciech “Kiwaj” Kowalski był gościem pierwszego spotkania zorganizowanego przez MKS Ciechanów, mającego na celu odtworzenie historii ciechanowskiej piłki nożnej i przypomnienie osób ją współtworzących.

Bohater sobotniego spotkania jest jednym z najstarszych żyjących piłkarzy znad Łydyni. Urodził się w 1933 roku, a w klubie występował w latach 1948 – 1968. Jak sam przyznał wówczas drużyna występowała pod inną nazwą, a same realia wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie:

- Najpierw ten klub nazywał się Ciechanowianka. Zaczynaliśmy pod koniec 40 lat w klasie C. Wtedy rozgrywki wyglądały inaczej: była klasa C, B, A i trzecia liga. Ciechanowianka istniała do 1956 roku. Potem, “po odwilży”, zmieniono nazwę na Jurand, która utrzymała się do kolejnej zmiany, czyli Mazovii. W Ciechanowiance, poza piłką nożną, istniała również sekcja kolarstwa. Był również zespół juniorów oraz druga drużyna. W klasie C nie mieliśmy żadnego trenera. Pierwszy pojawił się dopiero w B klasie, czyli latach 1954-56. Trening z kolei polegał na tym, że wychodziliśmy na boisko i po prostu kopaliśmy na bramkę. Zresztą ciężko mówić o treningach, jeśli mieliśmy do dyspozycji na całą drużynę tylko jedną piłkę.

 

- To były zupełnie inne czasy. Graliśmy często na boisku, na którym było błoto i woda. Szatnię stanowiła drewniana buda, bez ogrzewania i wody. Kąpaliśmy się albo w rzece albo wcale. Do C klasy awansowaliśmy w początkach lat 50, potem do 1958 lub 1959 graliśmy w B klasie, a następnie awansowaliśmy do A klasy. Wtedy A klasa obejmowała całe stare województwo warszawskie. Grała tam Mława, kilka drużyn z Warszawy, Raciąż, Żuromin, Wołomin, czy Pogoń Grodzisk.

 Wojciech Kowalski (Kiwaj) na samym dole, pierwszy z lewej

 

- Moja przygoda z piłką zaczęła się w 1948 roku, a skończyła się w 1968. Muszę przyznać, że za szybko przeleciały te lata. Jak skończyłem grać, zacząłem biegać i robię to do dziś. Na początku, w latach 40, graliśmy tylko mecze towarzyskie. Prawdziwa piłka zaczęła się dopiero od B klasy. Po 1954 roku roku wszystko było już uporządkowane, na mecze przyjeżdżali sędziowie. Rozgrywki były zorganizowane.

Pan Wojciech opowiadał również o frekwencji na meczach, “świętych wojnach” i genezie swojego pseudonimu “Kiwaj”:

- Na mecze przychodziło dużo kibiców, to były inne czasy, było mniej rozrywek. Mimo, że nie było ławek, to ludzie licznie przychodzili na mecze i zbierali się wokół boiska. Najwięcej kibiców przychodziło na tzw. “święte wojny”, jak z Mławą czy Płońskiem. Zapełniony był cały stadion, a my ani razu z nimi nie przegraliśmy.

- Na boisku byłem znany jako “Kiwaj”. Ludzie na mieście zawsze zwracali się do mnie właśnie “Kiwaj”. Przydomek przylgnął do mnie jeszcze w latach szkolnych i pochodzi właśnie od umiejętności kiwania się. Moja pozycja? W szkole zaczynałem jako napastnik, a później cały czas grałem już jako obrońca. Zazwyczaj grałem z dwójką na plecach.

- W drużynie grali głównie piłkarze z Ciechanowa. To był amatorski klub, więc kto by tutaj przyszedł. O pieniądzach za grę nie było mowy. Dostawaliśmy tylko buty i stroje, ale samemu trzeba było o to dbać. Do A klasy jeździliśmy ciężarowym samochodem “na pace”. Po awansie do A klasy był już wtedy autobus. Zdarzało się też, że jeździliśmy na mecze pociągami.

Na koniec “Kiwaj” odniósł się do obecnej drużyny seniorów. Przyznał także, że do tej pory odczuwa głód piłki:

- Trudno mi oceniać dzisiejszych seniorów. Do naszych czasów jest to nieporównywalne. My trenowaliśmy tylko dwa razy w tygodniu, w dodatku jedną piłką. Gra jest teraz dużo szybsza, a poziom jest wyższy. Same boisko i piłki są zupełnie innej jakości. Przyznam szczerze, że do tej pory, jak zobaczę trawę i piłkę, to zapominam o wszystkim i najchętniej wybiegłbym na boisko i zagrał. Pozostaje mi przynajmniej gra z wnukami.

 

Wideo relacja na ciechanowinaczej.pl