“Kibice byli gotowi nosić nas na rękach”

Kolejne spotkanie z historią zorganizowane przez MKS Ciechanów. W minioną sobotę z zaproszonymi gośćmi swoimi wspomnieniami z czasów gry w klubie znad Łydyni podzielił się swego czasu znakomity napastnik – Aleksander Henryk Bońkowski.

Pan Aleksander występował w drużynie, najpierw Budowlanych a potem Juranda, w latach 1952 – 1965. Zasłynął przede wszystkim wspaniałym instynktem strzeleckim i jak sam wspomina, strzelił więcej goli niż rozegrał meczów. Warto dodać, że już po zakończeniu piłkarskiej kariery, w latach 1990-1994, był przewodniczącym Rady Miasta Ciechanów. A jak zaczęła się i przebiegała jego przygoda z piłką? Zapraszamy do lektury:

- Moja przygoda z piłką trwała praktycznie odkąd pamiętam. Już na podwórku grało się przecież w piłkę z kolegami. Bardziej, nazwijmy to, ukierunkowana przygoda zaczęła się wraz z rozpoczęciem nauki w gimnazjum, pod okiem wspaniałego człowieka, profesora Stanisława Hikierta. Człowieka ze wszech miar oddanego całkowicie sportowi, poświęcającego się dla podopiecznych. Dla niego nie było ograniczenia czasu, zawsze można było na niego liczyć. To co robiłem, osiągnąłem, to głównie zawdzięczam właśnie jemu. Najpierw grałem właśnie w klubie sportowym przy gimnazjum. Tam mieliśmy drużyny koszykówki i właśnie piłki nożnej. To był początek lat 50. Dzieci i młodzież nie miała wtedy praktycznie żadnych innych możliwości i jeżeli ktoś miał sportowe zamiłowanie, to właśnie tutaj mógł się realizować. Dlatego ja grałem w drużynie szkolnej. Sport w szkole był na wysokim poziomie, nasza drużyna szkolna konkurowała, wprawdzie tylko w meczach towarzyskich, z miejscowymi drużynami. Wtedy na terenie Ciechanowa działało kilka klubów, m.in. Budowlani, Gwardia, Kolejorz, Sparta czy Spójnia. Oprócz tego były też drużyny przy zakładach pracy, na przykład cukrowni, browarze. I te wszystkie kluby między sobą rywalizowały.

 

- Z drużyny szkolnej, a miałem wtedy 17 lat, trafiłem do Budowlanych Ciechanów, którzy w tamtym czasie grali w klasie B. Od tamtej pory grałem właśnie tylko w tej drużynie, z tym, że z czasem awansowaliśmy do klasy A. Wspominam z tamtego okresu wielu wspaniałych kolegów, także starszych ode mnie. Wspomnę chociażby kolegę Lubienieckiego, Pietrzaka, czy Kowalskiego. Bardzo wielu było takich, na których mogłem się wzorować. Najpierw grałem oczywiście w Budowlanych, natomiast w 1957 roku doszło do zmiany nazwy i nazywaliśmy się Klub Sportowy Jurand. Wtedy w klubie działało wielu ludzi, nie tylko sportowców, którzy angażowali się w formie społecznej w działalność klubu. Także władze miejscowe były nami zainteresowane i można było liczyć na pewną pomoc z ich strony.


Aleksander Bońkowski – w górnym rzędzie, środkowy.

Bohater ostatniego spotkania przyznał, że warunki uprawiania piłki nożnej były co prawda dużo gorsze niż obecnie, za to na trybunach atmosfera była zupełnie inna:

- Warunki uprawiania sportu były niewspółmierne w porównaniu do tych, jakie mamy teraz. Musieliśmy mieć własny sprzęt, buty to były jakieś tenisówki, stroje samemu się prało, nie mówiąc już o oddzielnych strojach na trening, które po prostu przynosiliśmy z domu. Muszę jednak zaznaczyć jedną rzecz, która dla mnie jest też osobistą satysfakcją: to zainteresowanie i wynoszenie wręcz na piedestał zawodników przez miejscową ludność. Trzeba powiedzieć, że mieszkańcy Ciechanowa też nie mieli, poza pracą, wielu innych rozrywek w tamtych czasach, dlatego na mecze przychodziło naprawdę dużo ludzi. Mieszkańcy Ciechanowa byli gotowi niemal na rękach nosić tych zawodników, którzy swoimi zwycięstwami sprawiali im tyle przyjemności. To było niewspółmierna satysfakcja, z tego, że można było komuś coś dać w sposób niewymierny, a Ci ludzie automatycznie to odbierali.

Karierę Pana Aleksandra niestety nieco pokrzyżował najpierw wyjazd na studia, a później bardzo poważna kontuzja:

- W pierwszej drużynie Budowlanych zacząłem występować w 1952 roku, w wieku 17 lat. W 1954 roku rozpocząłem natomiast studia na Politechnice Warszawskiej i to zakłóciło mi nieco uprawianie sportu, ponieważ nie miałem możliwości trenowania i dalszego rozwoju. Z dzisiejszej perspektywy, oceniając tę sytuację, aż sam sobie się dziwię, ponieważ praktycznie wcale nie trenowałem w tamtym okresie, a grałem w meczach i ta gra jakoś mi wychodziła. Może to też wynika z różnic między tamtymi czasami, a obecnymi. Kiedy dziś patrzę na mecze, to zawodnicy są lepiej przygotowani do uprawiania sportu niż kiedyś, bardziej wytrenowani. Po ich zachowaniu na boisku nie widać jakiegoś ogromnego zmęczenia. My, kiedy opuszczaliśmy boisko, to właściwe dosłownie słanialiśmy się na nogach. Sobie się nie dziwę, bo właściwie nie trenowałem, ale koledzy też odbywali zajęcia tylko dwa razy w tygodniu, we wtorek i czwartek, po około godzinie. To musiało wystarczyć.

- W Warszawie nie myślałem o podjęciu gry w innym klubie. Pochodziłem z małego miasteczka, Warszawa jako wielkie miasto trochę mnie przytłumiało, uważałem, że sobie nie poradzę. Kiedyś pojawił się temat mojej gry w Polonii. Odbyłem tam nawet jeden trening, ale traktowano mnie tam jak piąte koło u wozu i zrezygnowałem. Moja przygoda z piłką nożną trwała do 1965 roku. Z tym, że w 1961 roku miałem przykrą kontuzję, ponieważ zerwałem więzadła w kolanie i to sprawiło, że nie grałem przez rok. Odniosłem ją w meczu w Sochaczewie, po bardzo brutalnym faulu przeciwnika. Teraz z tego typu kontuzjami inaczej sobie radzą. Wówczas była to bardzo poważna kontuzja. Na początku łapałem się różnych metod leczenia. Po kontuzji przez 6 tygodni chodziłem w gipsie, później przechodziłem rehabilitację i dalsze leczenie. Złożyłem wniosek na protezę, ponieważ istniało ryzyko, że do końca życia będę inwalidą. Wtedy nasz trener załatwił mi konsultację lekarską w Warszawie. Na miejscu lekarze kazali mi się przejść po pokoju z laską i a następnie wyrzucić laskę i chodzić tak, jakby noga była zdrowa. Miałem przestać myśleć, że mam chorą nogę. Więzadła zrastają się jedno na tysiąc, a ja miałem to szczęście, że moje więzadło właśnie się zrosło. Tyle tylko, że miałem praktycznie całkowity zanik mięśni. Moje prawe udo było cieńsze niż lewe podudzie. Chodząc w gipsie, pod koniec jego noszenia, mogłem praktycznie całą rękę pod niego schować. Roczna rehabilitacja sprawiła, że doszedłem do siebie i mogłem wrócić na boisko. Przyznam jednak, że kontuzja miała duży wpływ na mój sposób gry, co zresztą nie było tylko moją opinią. Grałem ostrożniej. W 1962 roku wróciłem i grałem do końca 1965. Miałem to szczęście, że w zespole było wielu wspaniałych, oddanych kolegów, którzy poświęcali się dla drużyny. Czułem, że gram z innymi i dla innych. Większość zawodników była z Ciechanowa, ale zdarzało się, że wspomagaliśmy się piłkarzami, którzy stacjonowali w naszej jednostce wojskowej. Byli to ludzie z całej Polski.

Pan Aleksander opowiedział również kilka ciekawostek i anegdot z tamtych czasów:

- Byłem środkowym napastnikiem, cały czas grałem z dziewiątką. Tak się składało, że strzelałem najwięcej bramek, chociaż nie prowadziłem żadnych dokładnych statystyk. Najwięcej bramek w jednym meczu udało mi się strzelić sześć: wygraliśmy wtedy 12:0 z Glinojeckiem. Najbardziej zacięte mecze toczyliśmy natomiast najpierw z Płońskiem, a później także z Mławą. Zapadł mi w pamięć jeden mecz: graliśmy u siebie z Bzurą Chodaków. Dzień przed tym meczem dostałem zapalenia zęba, byłem spuchnięty, całą noc nie spałem. Nie wybierałem się na ten mecz, ale przyszedł mój cioteczny brat, który był w zarządzie klubu i wyciągnął mnie na stadion, żebyśmy zobaczyli, jak będą grać. A na miejscu koledzy zaczęli mnie namawiać do gry. Podszedł do mnie Heniek Lewandowski i powiedział: “Jeżeli ktokolwiek Cię dotknie, to trudno, mnie najwyżej usuną z boiska, ale ja temu gościowi nie daruję”. No i w końcu zagrałem w tym meczu, wygraliśmy 3:1, a ja zdobyłem dwie bramki.

- Piłki były wtedy sznurowane. Przed meczem przycinana była jedna łata, do środka wkładany był napompowany pęcherz, a następnie zszywana, przez co piłka nie była okrągła, bo po szyciu stawała się po prostu wypaczona. Pamiętam taką humorystyczną sytuację: graliśmy mecz na początku sezonu i w nocy, przed spotkaniem, spadł mocny śnieg. Już w trakcie meczu w pewnym momencie ktoś z przeciwników kopnął piłkę, a ta leciała oblepiona błotem prosto do Wojtka Kowalskiego, który grał na obronie. No i Kiwaj zastanawiał się, czy ma ją wziąć na główkę, czy nie. Ale, że był bardzo odpowiedzialny, to w końcu zagłówkował. No i to całe to błoto zostało mu na twarzy. Stanął i zawołał tylko” chu …, chu … chusteczki!” (śmiech). To też świadczy o tym, z jak dużym zaangażowaniem grał Wojtek.

- Jeśli chodzi o taktykę, to na pewno były pewne zarysy gry, choć ciężko było to nazwać taktyką. Znaliśmy swoich przeciwników, ustalaliśmy więc kto kogo będzie krył itd. Było to jednak dość sporadyczne, nie była to jakaś taktyka w pełni tego słowa znaczeniu, która miała obowiązywać przez cały mecz i decydować o wyniku.

- W klubie jedynym stałym pracownikiem był w zasadzie gospodarz, który sam dbał o wszystko. Pozostali pracowali gdzie indziej na etatach. Wyznaczano ich z innych instytucji. Ale byli to zaangażowani ludzie i wykonywali swoją pracę bardzo skrupulatnie, mimo że w klubie sprawowali jedynie funkcje społeczne. Pamiętam, że ktoś na przykład załatwił nam, że szatnię mieliśmy na 17 Stycznia przy moście, w pomieszczeniach biurowych. No i od mostu spacerkiem przychodziliśmy do stadionu.

Na koniec gość sobotniego spotkania zdradził, z którym polskim klubem sympatyzuje:

- Największą sympatią darzę Ruch Chorzów. Wiąże się to z postacią Cieślika. On był dla mnie wzorem do naśladowania, bohaterem. Swego czasu lubiłem również Polonię Warszawa, a później już tylko Legię.