Trzej przyjaciele z boiska.

spotkanie007

Wyjątkowy charakter miało ostatnie, trzecie już spotkanie z byłymi zawodnikami MKS Ciechanów, organizowane przez klub. Pojawili się na nim bowiem bohaterowie dwóch poprzednich – Wojciech Kowalski i Aleksander Henryk Bońkowski, a także Tadeusz Sznajder. Wszyscy trzej Panowie mieli do przekazania mnóstwo interesujących rzeczy.

Najaktywniejszy podczas spotkania był oczywiście Tadeusz Sznajder, z racji tego, że pojawił się na nim po raz pierwszy. Sam bohater tak wspomina swoje piłkarskie i sportowe początki:

- Jestem rodakiem z Glinojecka. W 1952 roku zacząłem naukę w szkole średniej w Ciechanowie, natomiast w piłkę grałem od młodych lat. Kiedy przyszedłem do Ciechanowa od razu trafiłem na stadion i byłem po prostu zaszokowany i zaskoczony grą Budowlanych. W drużynie Budowlanych pierwszym zawodnikiem, który grał a tutaj jest z nami, to jest Wojtuś Kowalski. Pamiętam go jak występował na prawej obronie. Heniu natomiast był wzorowym uczniem i wszechstronnym piłkarzem. W zasadzie pierwsze spotkania, takie na niwie sportu wyczynowego, to był hokej. Ja grałem w technikum handlowym a Heniu w liceum ogólnokształcącym. Profesorem, który wykładał wychowanie fizyczne w technikum ekonomicznym  jak i w liceum, był Profesor Hikiert. I to On organizował różnego rodzaju zawody sportowe. Do sportu Heniu się nie garnął, ale kiedy już zaczął, to od razu stał się pierwszoplanowym piłkarzem, dużo młodszym od pozostałych panów. Naprawdę aż dzisiaj trudno to powiedzieć, jak jego losy by się potoczyły, gdyby on zmienił barwy klubowe. Kiedy zaczął studia i zaczął treningi w Polonii miał na to szansę, ale był przywiązany ciechanowskiego środowiska i wołał przyjeżdżać i jeszcze dokładać finansowo, a jak wiadomo nigdy nam się dobrze nie powodziło, ale przyjeżdżał, wzmacniał nas i był wzorem dla wszystkich.

 

- Żadnych niemiłych historii tak z Wojtkiem, Heniem czy ze mną klub nie miał. Pragnęliśmy osiągnąć jak największe sukcesy. Zaczynałem od juniorów. Pamiętam jak pierwszy raz dostałem obuwie piłkarskie, koszulkę i w ogóle zostałem wystawiony do zespołu. I do końca nie wierzyłem, czy zagram w tym meczu. Jak się ubrałem, tak schowałem się do toalety i mówię, jak już będą wychodzić, to ja w ostatniej chwili wyskoczę i mi już nie zbiorą ani koszulki ani obuwia. Chłopcy szukali mnie i krzyczeli, a ja patrzyłem tylko przez taki wizjerek, bo to była taka harcerska wygódka, i gdy już biegli, to ja szybciutko dobiegłem. Nieźle mi wyszło, bo Profesor Hikiert mnie pochwalił. A chcę powiedzieć, że był taki czas, kiedy pierwszym trenerem, takim z prawdziwego zdarzenia, to był właśnie Pan Hikiert. Tylko nie ze wszystkimi mu się dobrze układało i z nim nie wszystkim się układało. Nam młodym i jednocześnie jego wychowankom współpraca się układała, ale już starsi koledzy, którzy mieli rodziny, nie zawsze wyrażali zgodę na zdyscyplinowanie i odpowiedzialność, że w sobotę i w niedzielę to nie można iść na jakieś potańcówki itd. A on był bardzo rygorystyczny, jakkolwiek serdeczny i bardzo opiekuńczy. Profesor nie zrobił tego z krzywdą, chciał tylko pokazać, że już trzeba więcej poświęcać uwadze treningom i zajęciom szkoleniowym, a nie tylko bazować na umiejętnościach.

- To by było na tyle wspomnień, została sympatia do końca. W roku 1957, kiedy kończyłem szkołę średnią i poszliśmy z kolegą Garbarczykiem na studia do Studium Wychowania Fizycznego w Gdańsku Oliwa, przez pół roku przyjeżdżaliśmy też na mecze. Skończyliśmy rozgrywki jesienne i następnie zmienialiśmy barwy. Poprosiłem o udzielenie mi zwolnienia z myślą, że wrócę po studiach do Ciechanowa. No ale tak się życie ułożyło, że nigdy nie wiadomo gdzie się wyląduje. Grałem w Arce przez dwa lata, kiedy jednak nie zdobyliśmy wejścia do drugiej ligi a wszedł o jeden punkt Bałtyk Gdynia, drużyna się rozsypała i mnie los skierował na Płock, gdzie zaczęto budować kombinat. Tam miałem już ofertę gry i pracy w Petrochemii i tam zostałem. Ściągnąłem też kolegę Garbarczyka, z którym wywalczyliśmy awans do trzeciej ligi i następnie graliśmy przez kilka lat właśnie w trzeciej lidze. Miałem zamiar też ściągnięcia Henia Bońkowskiego, on co prawda mówi, że sobie nie przypomina ale, Tadzio Garbarczyk kilkakrotnie mówił, nie dlatego żeby osłabić broń boże Jurand, żeby go do nas ściągnąć. Mogę się uważać za wychowanka Juranda i i tak właśnie się czuję. Zawsze życzliwie wspominam swoje młode lata spędzone tu na stadionie. Poznałem wielu przyjaciół, wielu kolegów, z którymi do dnia dzisiejszego utrzymujemy kontakty koleżeńskie.

Pan Tadeusz przyznał, że do dziś uważnie śledzi poczynania ciechanowskiej drużyny:

- Zawsze śledzę jak ten Jurand, a obecnie MKS, sobie radzi. Trzeba pogratulować, że udało wam się awansować do czwartej ligi i tak jak patrzę to zupełnie sobie nieźle dajecie radę. Bardzo dobrze, że stawiacie na wychowanków. Nie trzeba ściągać piłkarzy z zewnątrz, bo niektóre kluby troszeczkę wpadają w taki zachwyt, że kupi jednego, drugiego emeryta i ponoszą koszty, a nie ma żadnych korzyści dla zespołu i dla środowiska.

Tadeusz Sznajder wspomniał także swój najtrudniejszy mecz, a także tajemniczą gablotę, na którą wszyscy z uwagą spoglądali:

- Było to nie w Jurandzie, ale w Zrywie, w szkole średniej, kiedy chodziłem do technikum handlowego. Graliśmy z Przasnyszem a tam grał zawodnik o nazwisku Geryszewski. To był bardzo dobry piłkarz i miał skośne oczy. I ja osobiście podjąłem walkę z nim, bo inaczej byśmy przegrali. Był dobrym i dobrze wyszkolonym zawodnikiem, co świadczy, że chyba na dwa lata trafił do trzeciej ligi do Bzury Chodaków. I to zapamiętałem. Nie wiem czy on żyje, czy nie żyje, ale muszę powiedzieć, że dobrym był zawodnikiem i to szczególnie pamiętam. Jest jeszcze jedna historia. Wtedy to jeszcze nie był Jurand a Budowlani, nie wiem kto był pomysłodawcą, ale zainstalowano przed wejściem na stadion gablotę, w której w piątek wywieszano ustalony skład, kto na jakiej pozycji zagra, jego nazwisko i zdjęcie było zamieszczone. Jaki to był magnes, jaka to była mała rzecz, a jak ona wpływała nie tylko na mnie, ale i na pozostałych, żeby się załapać do tej drużyny. Żeby zagrać, żeby być w tej gablocie. Uważam, że dzisiaj mamy inne środki masowego przekazu i czy nie było by właściwe, żeby trener mógł podać do wiadomości skład. Nas wszystkich to wzmacniało, my wszyscy zabiegaliśmy o to, by tam się znaleźć.

           

                    Trzej przyjaciele z boiska. Od lewej: Aleksander Bońkowski, Wojciech Kowalski i Tadeusz Sznajder

Zdradził również, że mimo gry w środku pola, dość często trafiał do siatki rywali. Miał też jeden element gry, w którym szczególnie się specjalizował:

- Jeśli chodzi o grę w Jurandzie, to mi się nieraz udało strzelić, a kiedy występowałem w Wiśle, to byłem bramkostrzelny, bo czasem w napadzie grałem. W pierwszych latach, kiedy graliśmy z Tadziem Garbarczykiem o trzecią ligę, graliśmy jako napastnicy. Muszę powiedzieć że byłem specjalistą od rzutów karnych. Powiedzmy, że trafiałem w 99 procentach. Dzisiaj gdybym wyszedł, to wiem jak strzelić. Grając w Arce miałem takiego kolegę krakusa: miał 190 cm wzrostu, wielkie byczysko, i on strzelał te karne. Bardzo dobrze je egzekwował. Mówię, Witek, jak ty to robisz? A on: “ja to tak na manianę”. Co to jest ta maniana? “Ja jemu najpierw patrzę w oczy. I sugeruję, że w lewy róg strzelę. Do ostatniej chwili, na piłkę patrzę i na niego”. I ja tą metodę przyjąłem. Nigdy się nie spieszyłem do wykonania rzutu karnego. Ciągle patrzyłem na ten róg lewy. Ale nigdy nie strzeliłem w lewy tylko podbitką w drugą stronę. Nie przestrzeliłem żadnego karnego. Ale ja trenowałem. Po treningu w Wiśle brałem bramkarza i na manianę, na manianę. Tylko trening, bo uderzenie musi być czyste.

Okazało się, że specjalistą od “jedenastek” był również Aleksander Bońkowski:

- W swoim czasie, to ja byłem egzekutorem rzutów karnych i w zasadzie nie zdarzało mi się pudłować. Do momentu, kiedy miałem praktycznie kończyłem karierę. Jak zdarzyło mi się pudłować, to właśnie na zakończenie kariery, kiedy zdawało by się że człowiek jest doświadczony, wie co i jak, nie powinno być problemu a jednak się zdarzało, że się nie udało.

Tadeusz Sznajder wspomniał również kilku ówczesnych sympatyków klubu:

- Zapamiętałem takich sympatyków drużyny i w ogóle gry w piłkę nożną, jak Bonifacy Rutkiewicz, Pan Antoni i jego brat byli zaprzysięgłymi kibicami Juranda. Było wielu wiernych kibiców. Takie rzeczy pamiętam. Pana Żmijewskiego, który z Budowlanych organizował Ciechanowiankę a potem był pierwszym prezesem Juranda. Musze powiedzieć, że mam wielki sentyment do Pana Moszczyńskiego, który był ówczesnym  Przewodniczącym Powiatowego Komitetu Kulturalnego. Był według mnie bardzo dobrze nastawiony i pomagał. Z tym, że w tym sporcie ile by kto nie pomagał, to powiedzą – za mało.

Kolejne pytanie dotyczyło zaangażowania w treningi. Głos zabrał tu najpierw Aleksander Bońkowski:

- Właściwie można powiedzieć, że było stuprocentowe. Czasem różne sprawy zawodowe czy rodzinne nie pozwalały brać udziału w treningach, ale nigdy nie było takich sytuacji, że nie było cię na treningu to nie grasz. W zasadzie mieliśmy dwa razy w tygodniu trening, we wtorki i czwartki. Samo wytrenowanie nie było takie jak w tej chwili. System gry też był taki, że zawodnik przywiązany był niejako do pozycji. Czasem śmiali się, że jak postawili zawodnika na jakiejś pozycji, to przestał tam cały mecz. Dlatego też na treningach było trochę mniej wysiłku. Tak więc opuszczenie jednego treningu nie miało tak dużego znaczenia. Ponieważ to był typowo amatorski klub i wszyscy grali z zamiłowania, to przychodzili wszyscy na treningi, chociaż z różnych powodów zdarzało się, że ktoś je opuścił. W zimie natomiast była przerwa, treningi wznawialiśmy na początku wiosny. Klub nie miał możliwości organizacji treningów przy zimowej aurze.

- Nie było takich warunków jak dzisiaj. Była jedna lub dwie piłki. Co można było zrobić? Nie było takiego wysiłku jak dziś. On był, ale na ówczesne czasy. Dzisiaj każdy ma piłkę, każdy coś może działać. Wtedy zanim dostało się piłkę, trzeba było czekać. A nieraz było tak, że jak ktoś był nielubiany, to mógł w ogóle nie dostać piłki. Musiał trenować na sucho – dodał Tadeusz Sznajder.

                                                   Bohaterowie spotkania z juniorami MKS Ciechanów i Wisły Płock

Były pomocnik Juranda przytoczył również równie ciekawą, co zabawną anegdotę:

- Przypomniała mi się anegdota. Jak już zacząłem grać w pierwszym zespole, grałem na lewej pomocy. Heniu grał na prawej. Grał z nami Pan Pietrzak. Nie można też pominąć Pana Puchalskiego. Byliśmy chyba wtedy najlepszą linią pomocy. W meczu wypracowałem pozycję i podałem Panu Pietrzakowi (bo byliśmy na Pan) a on dochodzi, dokłada lewą nogę, a piłka na korner poszła. A ja do niego – „Ależ spier….. to nabożeństwo.” A on za mną. Ja się tak wystraszyłem, że dostanę w łeb i że się kopytami nakryję, a przecież jemu nie oddam. W przerwie nie wchodzę do szatni, bo opierdzieli mnie nie z tej ziemni. A on tak patrzy na mnie i pyta „Co?”. Panie Franciszku – mówię – przepraszam. To ty nie wiesz że żona i dzieciaki na trybunach a ty takie słowa? Potem poklepał po plecach i powiedział: „No trudno, nie wyszło”.

Panowie Bońkowski i Sznajder wspomnieli również spotkanie z Jackiem Gmochem:

- Kiedy Legia była CWKS’em, jako klub wojskowy przyjeżdżała na ćwiczenia do Ciechanowa. Graliśmy wtedy z nimi sparingi. Kiedyś przyjechała drużyna, w której grał między innymi Jacek Gmoch. Wygraliśmy wtedy 2:1. Ja grałem nietypowo, jako środkowy napastnik. Na zakończenie Gmoch powiedział, że nie spodziewał się trafić tutaj na taką dobrą drużynę – mówi Aleksander Bońkowski.

- Kiedy poznałem Jacka Gmocha, grał w Legii na środku, przyszedł ze Znicza Pruszków. II Legia przyjechała do Płocka na mecz. Grałem wtedy jako stoper. Wisła wygrała 3:2. Miałem przyjemność pilnować go. I upilnowałem. W szatni zaczął płakać. Mówi tak „masz takie nogi, że nawet trawę kosiłeś”. To była twarda męska gra – dodał Tadeusz Sznajder.

Goście spotkania wyjaśnili również, jak wówczas wyglądała sytuacja z radzeniem sobie z kontuzjami:

- Przez dwadzieścia lat grania nie miałem żadnej kontuzji. Bolała noga, to człowiek zęby zacisnął i biegał dalej. W czasie meczów nie było żadnego lekarza. Jeżeli mocno bolało, to próbowało się masować – przyznał Wojciech Kowalski.

- Był taki okres, kiedy Profesor Hikiert kupował cukier w kostkach, przed meczem rozpuszczał w wodzie i dawał do picia. Każdy jak koń był zadowolony. Nie wiem, czy to miało jakieś znaczenie, czy tylko w głowie, ale nam pomagało – uzupełnił Tadeusz Sznajder.

Na koniec spotkania nie zabrakło porad dla obecnej drużyny seniorów:

- Powinni jeszcze bardziej uwierzyć w swoje możliwości i żeby robili to, co na boisku do nich należy. Żeby nie zapominali o tym, że piłka nożna jest grą zespołową. Owszem, indywidualne akcje są potrzebne, bez tego nie wygrywa się meczu, ale trzeba wiedzieć kiedy zagrać indywidualnie a kiedy zespołowo – radził Aleksander Bońkowski.

- Trening czyni mistrza. Praca, praca i jeszcze raz praca. Nie ograniczać się do samych treningów, ale widzieć swoje wady i te braki, które występują, żeby samemu ocenić. Pamiętać, że piłka jest grą zespołową. Trzeba godnie potrafić przegrać. To też jest elementem widowiska – zakończył Tadeusz Sznajder.

Zapraszamy również do wideo i fotorelacji ze spotkania, autorstwa Grzegorza Hoffmana: